Wszystkie wpisy

Polandrock, praca i tęsknota.

Zasiadłam przed kompem, odpaliłam przeglądarkę, zalogowałam się na bloga i… nie mogę wymyślić nawet tytułu wpisu.
Co to oznacza?
Ano dobrze jest. Jest normalnie. Jest tak, jak być powinno, przynajmniej jeśli chodzi o samopoczucie.
I tak sobie pomyślałam, że chciałabym dać znać, że żyję, że wszystko u mnie ok.
Usiłuję się uczyć. ale mi to nie wychodzi. Facet gada do mnie javascriptokodem, którego nie kumam. Już pomijając to, że czuję się totalnie tym zniechęcona i ta „nauka” to droga przez mękę, to zwyczajnie mi się nie chce. Mam lenia.
A lenia mam powoodstockowego. Przepraszam, popolandrockowego.
Zawsze skubaniec przychodzi na kilka dni po imprezie.
I tak siedzi rozgoszczony, a mnie chce się ciągle spać i leżeć, nic nie robiąc.
Co do Wooda. W mojej czteroletniej karierze (2012, przerwa na 4 lata, 2017, 2018 i 2019), był to 2 w kolejności fajny brudstock. Zaliczyłam kilka koncertów, nogi weszły mi do tyłka od stania i chodzenia, ale było super. Nawet lokalizacja obozu nie była w stanie mi zepsuć tych 3 dni.
Teraz przyszedł czas wrócić do rzeczywistości po tych kilku dniach i wrócić do szukania pracy.
Marzy mi się większe miasto, ale, ale…
Moje konto to jakieś 100 zł (na woodzie byłam za kasę za sprzedany aparat), na pomoc rodziców nie mam co liczyć ze względu na to, że i tak już mają przeze mnie około siedmiu tysięcy długu. Tzn. nie tylko przeze mnie, również przez pogrzeb brata…
Jedyne wyjście to znalezienie pracy w moim zadupiu, albo najbliższej okolicy do której mam w miarę dobry dojazd.
Problem polega również na tym, że do dużych, sąsiednich miast albo nie ma połączenia, albo jest tak chujowe, że w momencie skończenia zmiany o 21/22 nie mam czym wrócić do domu, bo ostatni bus jest o 20.
W ten sposób tracę wszystkie biedronki, sieciówki, drogerie i inne, które są w miejscowości oddalonej o 40 km. Z resztą w tej o 20 km też, bo ostatni bus jest o 21. I kurwa nie da się wrócić, bo zmiana kończy się o 21. Nie teleportuje się niestety.
Tak więc siedzę mimo dobrego samopoczucia na jakiejś pierdzielonej mieliźnie i trochę na ślepo usiłuję ją opuścić.
Zmęczona już tym jestem. A boje się, że przyjdzie nagły spadek nastroju i okaże się, że zaczynam bać się odbierać telefony, że zacznę bać się znowu do tego stopnia, że będę potrzebowała ogłupienia lekami, a praca stanie pod znakiem zapytania.
Marudzę, wiem.
Ale chciałabym stanąć na własne nogi.
Szczytem marzeń byłoby, żeby A. był tuż obok.
Chciałabym, naprawdę…
Swoją drogą wczoraj minął rok od kiedy odpisał na pewnym portalu na moją wiadomość.
Mam wrażenie, że od kiedy A. pojawił się w moim życiu, bieguny choroby złagodniały.
Źle mi z tym, że jest tak daleko, źle mi z tym, że nie mogę zwyczajnie umówić się z nim z dnia na dzień na spotkanie.
Być może ta odległość wzmacnia tylko więź, ale… Ech…
Są dni, kiedy zwyczajnie leżę i wyję z bólu.
I najgorsze, że jest on wypełniony tęsknotą nie do opisania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *