CHaDowe życie...,  Wszystkie wpisy

Znowu spierniczyłam sprawę

Nie wiem już czy coś nie tak jest ze mną, czy z ludźmi, którymi się otaczam.
Wiem, że jestem ciężka do zniesienia, mam męczący charakter, ale…
Na litość Boską, ileż można wysłuchiwać pretensji o nic?
Ile można żyć w poczuciu bycia gorszym, bo to nie jest się po studiach, bo jest się mniej urodnym, grubszym, ile można być pożywką dla pocieszenia tej drugiej osoby?
Nie dawałam rady już dłuższy czas, ale tłumaczyłam sobie, że problem leży we mnie, że to choroba zniekształca mi to, co odbieram, czuję, widzę.
Zagryzałam zęby, gdy słyszałam, że moje poglądy są głupie.
Zmieniałam się dla akceptacji drugiej osoby, tak bardzo bałam się, że zostanę sama, odrzucona, ale…
Ile można znieść?
Teraz rozumiem sama siebie.
Rozumiem, czemu tylko czekałam, aż ta osoba wyjedzie, jeśli była u mnie dłużej niż dwa dni, rozumiem dlaczego często po spotkaniu wracałam z tak mieszanymi uczuciami, że vesper martini może się schować…
Boli strasznie, bo na odchodne zostałam uderzona we wszystkie czułe punkty.
Wychodzi na to, że znowu to ja jestem tą złą.
A może faktycznie jestem najbardziej zapatrzonym w siebie, toksycznym człowiekiem w okolicy?
Boję się, że tak jest.
Tylko, czy to oznacza, że powinnam siedzieć cicho i nigdy nie wyrażać własnego zdania?
Czy to oznacza, że nie powinnam nigdy okazywać emocji?
Boję się, że to, co straciłam jest już nie do odbudowania.
Boję się, że to, co uczyniłam jest już nie do naprawienia.
Boję się, że zniszczyłam cały proces leczenia, bo uległam, bo nie umiałam powiedzieć „nie”…

Czuję się winna.
Czuję, że znowu zrobiłam coś bardzo, bardzo złego.
Wiem, że tamta osoba płacze i jest mi jej żal, jednak wszystko we mnie krzyczy „uciekaj i nie wracaj”.

Czy to samolubne?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *