CHaDowe życie...,  Depresja,  Myśli samobójcze,  Wszystkie wpisy

Znalezieni w ciemności…


I found you
In the dark
I found you
In the dark

Don’t leave me
Here
Don’t leave me

Staring at the sun
A love so strong it hurts
Staring at the sun
A love so strong it hurts

I dreamed of you
In the dark
You spoke to me
From afar
What you mean to me
Is clear
And I’ll always be near

I found you
In the dark
I found you
In the dark

Don’t leave me
Here
Don’t leave me

Staring at the sun
A love so strong it hurts
Staring at the sun
A love so strong it hurts

I look into your eyes
See my life defined
Look into your eyes
See your heart in mine


Anathema – Ariel

Żyję i umieram.
Na nowo i na nowo….
Każdego dnia w drżeniu sprawdzam, czy to prawda, czy nie śnię.
Codziennie choroba miesza się z niewyobrażalnym szczęściem.
Stare mechanizmy, próbują wyprzeć nowe doświadczenia.
Wszystko w głowie krzyczy „uciekaj”, podczas, gdy serce łagodnie odpowiada „przylgnij”.
Każdy opis dotyku jest niemal fizycznym doświadczeniem.
Nie możliwe?
Ależ skąd… Bardzo możliwe.
Wystarczy zamknąć oczy.
Mózg krzyczy „uciekaj, broń się, ratuj się!”, a serce odpowiada łagodnie „pozwól mu, daj się kochać, nie bój się”. 
I daje, pozwalam i czasami tylko łzy płyną, jak gdyby otwierał zainfekowane rany, czyścił je, odkażał i pozwalał goić się na nowo.
Boli, ale uzdrawia.
Jednocześnie po bólu dajesz ukojenie, którego do tej pory nigdy nie znałam.
I to samo chce uczynić Tobie.
Wziąć poranione serce, oczyścić rany i pozwolić im się z największą troską zagoić. 
Blizny pozostaną na zawsze, czasami dając o sobie boleśnie znać, ale nie będą to już jątrzące się rany, które zatruwają cały ustrój.
Zakochanie miesza się z chorobą.
Rodzice usiłują zaklinać rzeczywistość.
Wstawanie o 7 i spacery mają mnie uzdrowić, praca też.
Nic już nie mówię w tym temacie, to i tak nie ma sensu…
Każdy dzień zaczyna dziwaczeć. 
Dziś rano obudziłam się z walącym sercem, ściśniętym gardłem, pełna lęku, że ojciec się wkurzy, że znowu za długo spałam, wiem, że brzmi kuriozalnie. Dlatego to lęk, a nie strach. Nie jest logiczny. Napady lęku nigdy nie są logiczne. Matematyczne działanie bez rozwiązania. 
Wieczorami dopada mnie lęk przed istnieniem, pracą, przyszłością. Nie dam rady, nie nadaje się. Całe życie towarzyszy mi ten cholerny lęk.
Przychodzi jesień i zaczyna się paraliż.
Serce przyspiesza, brakuje oddechu, oblewa mnie zimny pot, kręci mi się w głowie i zaczyna się derealizacja. 
Świat w koło przestaje być realny.
Odlatuje.
Z wiekiem nauczyłam się jak się nieco uspokoić.
Napady to jedno, brak chęci do działania i życia to drugie.
Rano jestem strasznie nerwowa.
Dopóki nie wezmę leków i nie zaczną one działać, warczę na wszystkich, choć nic złego nie zrobili.
Nie mam siły działać. Najchętniej przesypiałabym całe dnie i noce.
Schemat działania: obowiązek-łóżko-obowiązek-łóżko doprowadza ojca do kurwicy.
Dla mnie to jedyny schemat, który pozwala mi żyć.
Gdy tylko wyczuję „trudne” emocje w rodzinie, to zaczyna mi się myślenie dramatyczne.
Nie mam pracy – nawet jak ją znajdę, to pewnie zaraz ją stracę – nawet jak nie stracę zaraz, to po pół roku – byłam, jestem i będę ciężarem – nie powinnam się nigdy narodzić – powinnam się zabić.
Lawina się toczy, a ja w myślach zabijam się wciąż na nowo.
I pokusa połknięcia leków jest coraz silniejsza.
Zaczynam podchodzić do tego na zasadzie „jeszcze nie dziś, ale jeżeli tylko poczuję siłę, to po kolejnym impulsie”.
I boję się, że ten kolejny impuls wyskoczy nagle.
I przedawkuje.
A to może być już podróż z biletem w jedną stronę…
Dlatego myślę o szpitalu, który jednocześnie mnie przeraża i ratuje.
Przeraża mnie myśl, że znowu na ostrej będę musiała spać w trybie „czuwaj”, żebym nie została bez niczego, żebym znowu nie otworzyła oczu i zobaczyła jedynie spierdzielającą postać z moimi rzeczami. 
Przeraża mnie myśl, że znowu mogłabym trafić do sali z osobą 
załatwiającą się pod siebie na łóżku obok.
Z drugiej strony wiem, że jeżeli to się nie uspokoi, nie podniesie mi się nastrój, myśli nie przestaną szaleć, a lęk nie przestanie mnie paraliżować, przy wchodzeniu do sklepu, to szpital będzie jedynym ratunkiem przed tą moją przyjaciółką na 4 litery.
Że tylko szpital uratuje mnie przed moją „Efką” (klasyfikacja ICD-10, choroby i zaburzenia psychiczne mają początek „F”, stąd „Efka”).
Inaczej nie będzie już kogo ratować…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *