Bóg w chorobie,  CHaDowe życie...,  Depresja,  Wszystkie wpisy

Przemijanie, okultyzm, DXM, czyli totalny bełkot…

Nie umiem pogodzić się z przemijaniem.
Nigdy nie umiałam…
Nic nie trwa wiecznie, mam tego świadomość, ale są takie dni, kiedy przemijanie daje mi szczególnie po tyłku.
Przez jesień prawie nigdy nie jestem „tu i teraz”, jestem za to „w tym co było” i nie umiem tego przerwać.
To mój mózg płata figle, przenosi w czas przeszły, bombarduje znanymi z danego momentu emocjami, daje poznać tęsknotę.
Mgła i dymy snują się po ziemi, po polach a moje wnętrze krzyczy z rozpaczy za latami minionymi.
Najczęściej są to uczucia związane z okultyzmem…
Ciężko to nazwać, jakby nagle całe ciało ogarniał ciężar, przygniatająca wręcz tęsknota, która może zmiażdżyć…
Nie panuję nad kompulsami.
Zjadam niebotyczne porcje żarcia, nie ważny smak, ważny jest sam fakt przeżuwania, po czym wpierdzielam tabletki na przeczyszczenie w ilościach hurtowych, a rano narzekam na niebotyczny ból kiszek.
Ale czuję się w potrzasku, mam wrażenie, że jeśli nie zjem, a później nie wezmę tych leków to świat się zawali.
W szpitalu co drugi dzień wręcz marzyłam o tym, by móc wziąć te nieszczęsne leki, świadomość, że jedna z pacjentek posiada dulcobis nie pomagała w tym wszystkim.
Mam świadomość, że to czyszczenie jest już „po sprawie”, że kalorie poszły, wchłonęły się, ale nie umiem wymiotować.
Tzn. umiem, ale to za bardzo męczące, zbyt duże ryzyko podejrzeń u rodziny.
Jestem zmęczona tym wszystkim, jedzenie zawładnęło moim światem, wszystko się koło tego kręci.
Zachodzi słońce.
Nirvana.
Pamiętam jak odkryłam, że muzyką można się „naćpać”, wprowadzić w różne stany.
Namiętnie robiłam to własnie za pomocą Kurta.
Piszę tak bez ładu i składu, że to przebija zapiski szpitalne, ale przynajmniej wyrzucam to, co wpada mi nagle do głowy.
Halloween, z jednej strony bronię się „ręcami i nogami”, bo jednak mam świadomość skąd to cholerstwo pochodzi, jakie ma korzenie i co wyprawiałam „po ciemnej stronie mocy” w takie dni.
Z drugiej strony mistyka włączyła mi się już kilka dni temu i najchętniej siadłabym z tanim winem w moim ulubionym plenerze, z gitarą i powspominałabym czasy przeszłe, a może wręcz zaprzeszłe.
Tarocie, cholera tęsknię za Tobą.
Tęsknie za całym oku.
Czakrami, medytacjami, świadomym śnieniem, OOBE, lista jest jeszcze dłuuuga, jednocześnie instynkt samozachowawczy woła STOP.
Woła STOP, nie dlatego, że taka ze mnie zarąbista „chrześcijanka”, bo akurat ta ze mnie marna, a nawet żadna, ale dlatego, że to u mnie prosta droga do samobójstwa.
Nie wiem na ile moje przeżycia są rzeczywiste, a na ile były to wytwory młodego, chorującego już mózgu, ale gdybym miała przejść jeszcze raz przez to cholerne pół roku „nękań”, gdzie spałam po 2 godziny, ciągle się bojąc, czując zimno na karku, zło w pokoju, mając codziennie paraliże senne, czując obecność, to jestem pewna, że chybcikiem połączyłabym przedawkowanie, pocięcie żył i stryczek.
Nie przetrwałabym tego drugi raz.
Chociaż z drugiej strony, przez pół roku jako „nawrócona” chodziłam święcie przekonana, że jestem opętana.
Shiiit.
Nie umiem się pogodzić z faktem, iż prawdopodobnie większość mojego duchowego życia, to był jeden, wielki błąd działania mózgu.
Zaburzenie.
Zakłócenie jego działania.
Hah. Co roku 31 października byłam pijana. Taka niechlubna tradycja.
Tym razem muszę go znieść na trzeźwo.
Wątroba mi się wysypała, próby są do bani.
Nie podoba mi się ta wizja, ale niestety nawet 2% piwo dało mi w kość.
To znaczy, w wątrobę.
Bolała jak skurwysyn na drugi dzień.
Znaczy się, wiem…
Wątroba nie boli, wątroba puchnie i „boli”, gdyż uciska on na otaczającą i unerwioną błonę surowiczą zwaną torebką wątrobową.
Jakby nie było, „bolała mnie wątroba”.
Koniec i kropka.
Niebo jest takie piękne…
Niebo dla wierzących jest stanem.
Nie tyle miejscem, określonym otoczeniem, co stanem.

Niebo jest stanem najwyższego i ostatecznego szczęścia (KKK, 1024) w wieczności, która nie jest „ciągiem następujących po sobie dni kalendarzowych, ale czymś, co przypomina moment ostatecznego zaspokojenia, w którym pełnia obejmuje nas, a my obejmujemy pełnię” bytu, prawdy i miłości (Spe salvi, 12).
Niebo nie jest ani abstrakcją, ani fizycznym miejscem pośród obłoków, lecz żywą i osobistą więzią z Trójcą Świętą; jest to spotkanie z Ojcem, które się urzeczywistnia w Chrystusie Zmartwychwstałym, dzięki komunii Ducha Świętego.

No to mam przerypane.
Z jednej strony głęboko wierzę, że w Jego Miłosierdziu mam szansę na zbawienie, a z drugiej…
Z drugiej już się smażę w piekle, w wiecznym potępieniu, smutku i tęsknocie.
Kuuuuuuurwaaa…
Gdybym mogła chociaż na chwilę nie być targana tymi religijnymi wątpliwościami.
Inaczej w ostrej fazie znowu usłyszę „głos”, znowu „ktoś włoży mi nie moje myśli”.
Nie umiem, nie mam siły.
Kurwa, ilekroć mnie pyta psychiatra, czy słyszę głosy – odpowiadam, że nie.
Z drugiej strony, „słyszałam” swego czasu głos Boga.
Tylko w sumie, czy ja go „słyszałam”, czy może bardziej miałam „cudze myśli w głowie”.
A może to kwestia tego, że tak bardzo chciałam usłyszeć głos Boga, że to sobie wkręciłam?
Mary, zadałaś dobre pytanie.
„Czy zdrowa osoba non stop zastanawia się czy jest zdrowa..?”
No, nie zastanawia się.
To ja teraz zapytam wszystkich chorych i zaburzonych psychicznie:
Czy zastanawiacie się, czy głosy, myśli w waszej głowie są wasze, czy może pochodzą z zewnątrz?

Jutro dostanę plan diety…
Znowu zrobiłam przekręt i zamiast iść do dietetyka „z krwi i kości”, zawierzyłam swe kilogramy chyba najpopularniejszemu serwisowi z dietami w Polsce.
Czemu?
Bo:
a)wstydzę się iść do dietetyka (tak, wiem, niedorzeczne), czuję tak paniczny lęk, że go nie przeskoczę.
b)za dużo kasy wychodzi na miesiąc diety, a kasa jest mi potrzebna też na inne rzeczy…
Tylko teraz jak ja mam zapanować nad kompulsami?
Akurat panowania nad nimi nie zapewni mi ani jedna, ani druga opcja.
Tu potrzeba terapii…
Ciężko to widzę…
W sumie to wcale tego nie widzę…

Czasami zastanawiam się za co kochałam tak DXM.
I wtedy przypominam sobie jak głęboko brzmiała wtedy muzyka.
Jak cudownie brzmiał Dżem…
Nie mogłam się poruszyć, by nie zwymiotować, nie mogłam pisać na Gadu-Gadu (tak, to jeszcze były takie czasy), bo mój oczopląs wynosił „lvl milion”, wszystko mnie swędziało, bo byłam na niego uczulona.
Zabójcza mieszanka, gdy jest się mocno uczulonym.
Ale wolność myśli, głębia muzyki, ten cudownie ciężki stan wynagradzał mi wszystko.
Tęsknie za nim, jednak ciągle mam świadomość, że połączenie DXM + psychotropy może zakończyć się w najlepszym przypadku wątrobą do wymiany, a to już nie będzie takie prościutkie jak puszczenie pawia.
DXM był też moim towarzyszem pierwszej próby „S”.
Psychodelik… Mój ówczesny przyjaciel od ucieczki przed problemami…
Wszystko było takie oczywiste, łatwe do zrozumienia.
„Rozumiałam” najbardziej złożone problemy świata, problem w tym, że bez tripu tego zrozumienia już nie było.
Nie umiałam się komunikować wtedy z ludźmi, siadało mi na mowę okrutnie.
Raz: nie mówiłam, by nie zwymiotować na rozmówce,
Dwa: zwyczajnie paraliżowało mi gębę, jąkałam się, mówiłam poooowoli i niewyraźnie.
W tym dniu, w którym chciałam (tak naprawdę chyba nie chciałam, to był impuls, dlatego zatrułam się tym cholernym Dexem) ze sobą skończyć, nażarłam się go wyjątkowo dużo jak na mnie (byłam bardzo wrażliwa, szybko wchodził i mocno, nawet przy małych dawkach, często niestety wchodził źle, ale i tak go żarłam, lubiłam to aco-myślenie, które się wtedy włączało), rzygałam jak kot, zaliczyłam halucynacje, dostałam wiadomość, że policja się mną interesuje (a co! demoralizator pierwsza klasa byłam – nie ma czym się chwalić) i możliwe, że mi zrobią najazd na chatę a ja co?
Leżę naćpana, w środku dnia, za ścianą mama z bratem, a ja tu zaczynam kitować, że się bułką ze sklepiku strułam.
Bo przecież się nie przyznam, że chcę zdechnąć…
Paradoksalnie alergia, która miałam nadzieję, że mnie zabije, uratowała mi tyłek…
Wola Boża?
Może i tak, w końcu w tym momencie, kiedy czułam, że moje serce zwalnia i zaczyna stawać a ja zapadam się głęboko w siebie, w myśli krzyknęłam tylko „Boże, jeśli jesteś – pomóż mi!”, po tych słowach serce wpadło w zbyt szybki rytm, by w końcu się uspokoić.
To wtedy zrozumiałam, że mimo myśli samobójczych, w głębi siebie chcę żyć.
I to doświadczenie, często zabiera mi tabletki z ręki, zabiera żyletkę z nad żył.
Nie ważne, że na 90% zaliczyłam zwyczajnego bad tripa.
Wolę to traktować jako swoje osobiste katharsis i drugą szansę, którą marnuję codziennie na nowo, ale jest to szansa, która w chwilach ostatecznych ratuje mnie przed samobójstwem, bo teraz wiem, jak zrobić to skutecznie…

https://www.youtube.com/watch?v=2UQ8ARNGJTA

5 komentarzy

  • Rafał

    Jesteś ukochaną córką swojego Ojca 🙂 I On nigdy Cię nie opuści 🙂 I nigdy nie zmieni tego, że kocha Cię miłością po ludzku niewyobrażalną. Cicho i pokornie ciągle Ci o tym przypomina …

  • ChADowa

    Dziękuję… To wspaniałe, że są tacy ludzie jak Ty… To niezwykłe, że kiedy ja przestaję wierzyć w to, że Bóg może i chce mnie uzdrowić (np. Stwierdzam, że ja tak naprawdę chce być chora, co jest totalną bzdurą), natychmiast pojawia się osoba, która wierzy w to za mnie, to nie zdarza się pierwszy raz… Dziękuję…

  • ChADowa

    Ja zazwyczaj też tego nie robię, ale są takie momenty, że takie rozkminy nie dają mi spokoju, nie mogę się od nich uwolnić, stąd to pytanie i te przemyślenia ;).

  • Mary

    Ja nie mysle nad tym czy moje mysli sa moje. Raczej rozdzielam je na toksyczne i normalne, ale nie ma w tym nic ze schizo. To tak tylko odpowiadam Ci na pytanie.

  • Rafał

    Wierzę, że Bóg Cię uzdrowi 🙂 Nie wiem jak ani gdzie, ale wypełni Cię swoją miłością, by to co nie pochodzi od Niego, przeminęło. By został już w Tobie tylko ON. I wówczas już tu na ziemi poznasz przedsmak Nieba. I będziesz mogła powtórzyć za św. Pawłem: "Nie żyję już ja, ale żyje we mnie Chrystus".

    A do czasu, kiedy to nastąpi, modlę się codziennie za Ciebie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *