CHaDowe życie...,  Stan mieszany,  Wszystkie wpisy

Ja, mamtowdupizm i imaginacja.

Jestem chora na „ja”, „mamtowdupizm” i „imaginację”.
Gdzieś kiedyś usłyszałam, albo przeczytałam, że my psychicznie zburzeni i chorzy, jesteśmy chorzy na „ja”. Co to znaczy, że jestem chora na „ja”? Mam wrażenie, że choroby i zaburzenia psychiczne, są chorobami, które kręcą się wkoło „ja”. ChAD/depresja/(hipo)mania też. Czemu tak sądzę?

Bo cały czas liczę się… Ja. Ja się źle czuję, ja jestem zła, ja potrzebuję pomocy, ja jestem chora, ja płaczę (swoją drogą na serio płaczę przy tej notce). Ja, ja, ja. JA. Wszystko się kręci wkoło mnie. Nie chodzi tutaj jednak o bycie samolubnym… Sama nie wiem jak mam to wytłumaczyć… Ból psychiczny jest tak ogromny, że koncentruje naszą uwagę głównie na nas… Nie da się odwrócić od niego uwagi na dłuższą metę. Zawsze uderzy w „ja”. I „jaizm” zostanie odpalony.
I znowu wszystko będzie ja i ja i ja. Ja chcę się naćpać, ja chcę się upić, by tylko odłączyć swój mózg na chwilę. Zmusić go, by przestał kontaktować, łączyć fakty. Odpaliłam Dżem. Dzisiejsza noc będzie ciężka. Bo moje „ja” się włączyło i każe myśleć. Każe czuć. Nie lubię tego.

O co chodzi w „mamtowdupiźmie”? Ano o to, że w pewnym momencie staję obojętna na wszystko i wszystkich. To chyba następuje po ostrej fazie „ja”. To takie trochę… „Powinnam się Tobą zainteresować, bo w sumie to Cię kocham, ale tak strasznie wszystko mi mówi, że to co mówisz mamwdupiźmie, że nie potrafię sobie z tym poradzić”. Może to konsekwencja leków psychotropowych, które otumaniają a może robienia za psychoterapeuty wszystkich? Ze swoich problemów zwierzają mi się nawet obcy ludzie. Opowiadają o swoim życiu na przystanku, widzę ich wtedy pierwszy i ostatni raz, słucham ze współczuciem, potem noszę długo tę historię w sobie, przeżywam, nie potrafię im doradzić. Jednocześnie nie potrafię podzielić się tym co czuję ja. Nie umiem przełamać się, nie potrafię celnie nazwać tego co czuję. Kumuluje się to wszystko powoli. Narasta. Prowadzi do powstania „mamwdupizmu”. Pozwolę Ci mówić, ale w duszy wszystko będzie krzyczało: „skończ już, mam dosyć, cierpię, wiesz, że niosę niepoliczalny ciężar a Ty mi jeszcze dokładasz swój”. Niestety najwięcej tego ciężaru dokłada rodzina i znajomi. Później „mamwdupizm” przybiera formę „wyżyjęsięnaforum”, co prowadzi do pisania długich, smętnych, pełnych żalu postów na grupie na fejsie lub forum, usuwania ich i poczucia wstydu, że robię to, co mnie tak bardzo wkurza u innych. Irytuje mnie miłość drugiego człowieka. Nie mam potrzeby rozmowy z rodzicami, zdawania im relacji na temat minionego dnia, który był tak bardzo nieproduktywny jak to tylko możliwe. Z dnia, który zniszczyłam samym swoim byciem.
„Imaginacja”, według słownika PWN:

imaginacja

1. «wyobraźnia, fantazja»
2. «wytwór wyobraźni»
w tym przypadku interesuje mnie definicja druga. Znowu uciekłam w świat wyobraźni, znowu albo bawię się w życie, albo przesypiam całe dnie, albo… godzinami się kiwam i marzę. Marzę o tym, że żyję normalnie, że jestem normalna. Czasami marzę zwyczajnie o tym, że tańczę boso na łące, innym razem to marzenia o tym, że jestem wreszcie kimś… Może to zwyczajny egocentryzm? Łatwiej jest żyć w świecie marzeń. Łatwiej jest bawić się w życie i nigdy nie dorosnąć, nie podejmować odpowiedzialności za własne czyny. Wiecie, to nie powoduje ataków lęku, biegunek, migren, duszności.
Chciałabym wyrazić to co teraz czuję, ale…
Nie wiem co napisać. Mam wrażenie, że zaraz eksploduje mi każda komórka w ciele. Z żalu, tęsknoty i tego dziwnego bólu, który powstaje podczas przemijania każdego z nas. W głowie namiętnie kotłuje się „weź żyletkę” i dextrometorfan. Boże ile bym dała za to by się naćpać i nie móc myśleć w ten prosty, zwyczajnie chorobowy sposób. Logika krzyczy „stop! to choroba”, wszystko inne „biegnij, nie zatrzymuj się, nie ma dla Ciebie ocalenia”. I trzęsę się się… bo chciałabym przekroczyć granicę, której w resztkach ludzkich odruchów się boję. Wiesz czytelniku czemu chciałabym wrócić do okultyzmu? Bo to dawało mi pewną iluzję władzy nad swoim życiem. Imaginację. Czasami mam wrażenie, że tracę powoli zmysły i kolejny krok będzie moim ostatnim, choć gdzieś tam w głębi jest głos, który mi mówi, że jeszcze się na tym świecie pomęczę.
Zgubiłam się w kłamstwach. Nie wiem, czy myśli, które mam prowokuję sama, czy przychodzą ot tak. Nie wiem, czy to co czuję jest prawdziwe.
Nie wiem. Bo jeśli to czego chcę jest prawdą, to przerażam sama siebie. A to wszystko, by a) być zauważoną b) znęcać się nad sobą ile wlezie.
I tak sobie myślę, że nigdy nie byłam chora. Jestem po prostu leniwym, paskudnym człowiekiem, który znalazł sobie taką fajną przykrywkę dla swojego bycia nikim. I przestaję brać leki, biorę tylko te, które muszę, bo inaczej kończy się to brain zapami (nie polecam).
Potem piję. Przestaję. Biorę poprzednią dawkę, przesypiam dwa dni i znowu stwierdzam, że nigdy nie byłam chora.
Nie śpię całą noc grając w gierkę, przesypiam 4 godziny i idę w świat, by podpisać listę w pracy, wrócić do domu i znowu nigdzie nie wychodzić i zażerać smutki, rozmyślając, czy może to nie jest czas, by wrócić do środków przeczyszczających.
Jak ja siebie nienawidzę. Matko.
Zastanawiam się tylko ile kroków mi brakuje do alkoholizmu.
Podejrzewam, że skończę albo jako stała pacjentka szpitala psychiatrycznego, albo bezdomna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *