CHaDowe życie...,  Depresja,  Myśli samobójcze,  Wszystkie wpisy

Demony wszędzie.

Czuję tego demona.
Jest, siedzi we mnie i zżera mnie od środka.
Lęk w klatce piersiowej i gardle.
Myśli samobójcze.
Autoagresja.
Rozsypuję się, choć było tak dobrze.
I żaden klej nie chce tego posklejać.
To było wiadome, że po górce roztrzaskam sobie pysk o skały, miałam tylko nadzieję, że zdążę jeszcze trochę nadrobić, że złapię pracę. Teraz może być już ciężko… Od rana walczę ze sobą, by nie złapać za żyletkę i nie pochlastać się. Muszę się pilnować z lekami. Szuflada koło lewego uda. Tylko otworzyć, wysypać 110 tabletek ketileptu, 150 absenoru i resztę zotralu, połknąć w porcjach i spróbować nie wyrzygać. I iść spać. Zasnąć i już nie otwierać oczu, nie czuć, nie istnieć. I gdyby nie ten irracjonalny lęk przed potępieniem. Przed piekłem. Ciekawe kiedy mój mózg podpowie mi, że jestem opętana. Czuję się tak osłabiona, jakbym przeszła przez ciężką grypę, boli mnie każdy mięsień w ciele. Każdy nerw jest napięty, a wszystko w koło takie tępe, choć skąpane w złotym, jesiennym słońcu. Słońcu zapowiadającym ciężkie, jesienno-zimowe dni. Nie uniknę tego, to jak przeznaczenie.
Zamknijcie mnie póki jeszcze nie jest za późno, bo ja już nie mam odwagi, by powiedzieć o tym, by powiedzieć im prosto w twarz, że chcę umrzeć. Znowu uśmiechnę się u psychiatry „mam myśli samobójcze, ale panuję nad tym”.  A już nawet wiem gdzie. Nie zadecydowalam tylko kiedy.

Jeden Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *