CHaDowe życie...

Boję się.

Boję się.
Cholera, boję się.
Boję się, bo czeka mnie rozmowa o pracę.
Serce kołacze, dłonie drżą, suchość w gardle, płytki oddech.
Wszystko może się zmienić.
WSZYSTKO.
Może wreszcie się wyprowadzę i będzie normalnie.
Boję się.
Boję się zmian.
I może w tym leży pies pogrzebany.
To nie kwestia rozmów, nie kwestia telefonów.
Może to nie kwestia bycia ciapą.
Może to kwestia zmian. Nowego.
Boję się.
Na terapii znowu doszłyśmy do wniosku, że nie mam już czasu na marnowanie życia.
Zmarnowałam prawie 7 lat.
Co mi to dało?
Nic…
Jeszcze więcej lęku.
A ja bym chciała tak normalnie.
Tak jak ludzie wkoło mnie.
Praca, związek, rodzina, znajomi, mieszkanie, odwiedziny raz na jakiś czas u rodziców i rodzeństwa.
Samodzielność.
Cholera, chciałabym być samodzielna.
Chciałabym pracować tak, by przy najmniejszej porażce nie uciekać, gdzie pieprz rośnie.
By się nie zwalniać, bo nie mam odporności.
By się nie zwalniać, bo szef po mnie jeździ i mam za dużo obowiązków, tylko zacisnąć zęby i przejść przez to.
Chciałabym normalnie.
Chciałabym, żeby, gdy przyjedzie A., żeby było normalnie, a nie tak, że co jakiś czas odrywam się zestresowana, że wlezą mi do pokoju/będą pretensje/będą stać pod drzwiami i wołać na herbatkę.
Zwyczajnie, jak przyśniemy, to przyśniemy i nie mam ochoty słuchać, że siedzimy po ciemku.
Ale do tego potrzeba mi pracy i mieszkania.
Normalności chce.
I jednocześnie się jej boję.
Boję się zmian.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *