CHaDowe życie...,  Depresja,  Myśli samobójcze,  Uncategorized,  Wszystkie wpisy

Jesteś, czuję Cię, przyszłaś.


Nikt jeszcze nie wie czy
stare słońce zarysuje nowy dzień,
Blaszany huk próbuje dostać się
przez szyby, w miękki sen,
Na ulicy wrzeszczą psy,
Herbata wzniosła krzyk, u sąsiada,
Ani jedna droga nie prowadzi mnie
z powrotem w noc…

I niby wszystko jest
tak jak powinno być,
Za chwilę zbudzi mnie
szary świt,
Tylko dlaczego ja,
Z takim nieludzkim strachem,
Nie potrafię…

Trudno to zrozumieć,
Lecz nic nie daje siły by żyć,
Jakaś misterna część
w konstrukcji zdarzeń
pękła,
Chciałem zreperować świat
a oto widzę, że sam,
Jestem jednym z tych cholernych drani i świń…

Szeroka droga,
Nie była moja,
Jasna siła,
Utracona…

Dopiero teraz wiem jak nisko upada,
Kto nie wypełnił swego czasu w pokorze,
Oto dlaczego tak się obawiam,
Że za minutę trzeba będzie wstawać i żyć…

Zaprzepaszczone siły
Wielkiej armii
Świętych znaków,
Niepożądane myśli,
Klęska wiary,
Fale strachu.
Z nieodwracalnym skutkiem,
Burzą trwały, senny azyl,
I oto trzeba będzie,
Dumnym krokiem,
Iść bez twarzy…

W kolejny dzień, w kolejny dzień…

Coma – Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków

Myślałam, miałam nadzieję, że w tym roku jakoś to będzie. 
Miałam nadzieję, że tym razem mnie nie sięgniesz.
Naiwne myślenie.
Głupie nadzieje, że jeżeli tym razem obyło się bez manii, nawet powiedziałabym, że bez hipomanii, to depresja też nie przyjdzie wraz z jesienią.
Przyszła.
Nie dość, że pojawiła się już w sierpniu, to teraz zaczyna się rozgaszczać udając jednocześnie, że jej nie ma. 
Bo smutek nie towarzyszy mi tak jak zazwyczaj całymi dniami.
Jednak znamy się już wiele lat i wyczuwam jej obecność, aż za dobrze.
Gdyby Cię nie było moja droga, to nie szalałyby moje myśli.
Nie widziałabym tych obrazów zamykając oczy.
Nie stałabym w wyobraźni na krawędzi mostu, nie zakładała sznura na szyję, nie wypruwałabym sobie żył, nie wyobrażałabym sobie poderżnięcia gardła, nie przeliczałabym ile mam leków, nie sprawdzałabym toksyczności substancji.
Gdy Cię nie ma, nie myślę o tym, co więcej; przeraża mnie, że mogłam kiedykolwiek myśleć w ten sposób.
Gdyby Cię nie było, to nie sięgnęłabym te dwa razy po żyletkę. 
Natężenie emocji, bólu, strachu i poczucia beznadziejności, nie pchnęłoby mnie w tę stronę, bo potrafiłabym nad tym zapanować.
Gdyby Cię nie było, moja droga, nie trzęsłabym się na samą myśl o spotkaniu z ludźmi, których osobiście nie znam. 
Gdyby Cię nie było, nie przychodziłyby myśli, że jestem tylko ciężarem i nigdy nie powinnam się narodzić.
Gdyby Cię nie było, nie byłoby też nawrotu kompulsywnego jedzenia.
Dwa miesiące nie mogę tego opanować, codziennie rano obiecuję sobie, że dam radę, że wracam na dietę, że jeszcze nie wszystko stracone, by kilka godzin później rzucić się na jedzenie, by nie czuć.
Nie piję, nie palę, więc jem.
W sumie to jak piłam i paliłam, to i tak wpierdzielałam jak mały słoń.
Wróciłam praktycznie do wagi sprzed odchudzania. 
Wszystko szlag trafił.
A jeszcze bardziej przeraża mnie, że jak tego nie zatrzymam, to mogę spokojnie w tym roku dobić do 160 w tym tempie.
Kurwa, zabije się „na około”, zabije się otyłością.
Przeraźliwa pustka i samotność w tym wszystkim.
Mimo rodziny, mimo Twoich zapewnień, że jesteś. 
Przeraźliwa samotność. 
Ziejąca dziura w sercu.
W ogóle…
To nie miało być tak, nie w ten sposób.
Miałam być twarda, miałam milczeć, miałam być silna, nie dać się, a tym czasem kulę się w sobie, „maleje”, tracę tę kruszynę pewności siebie, którą jeszcze mam.
Obiecałam, że zbuduję mur, przez który nikt, nigdy więcej nie przejdzie.
Obiecałam sobie, nikogo już do siebie nie dopuszczę.
Nie dam się potencjalnie zranić.
Tymczasem robię coś zupełnie odwrotnego.
Nie kumam swojej duchowości. 
Nie rozumiem co zaszło.
Według Kościoła Katolickiego można to podciągnąć pod dręczenie demoniczne, choć… nie wiem jakie byłoby podejście do tych „dręczeń”, gdy wykryto zaburzenia psychiczne.
A jednak tamto pół roku nie daje mi czasami spać.
Wystarczy, że otworzę oczy o 3 i już serce mam w gardle.
Wystarczy, że drzwi spuszczą się z klamki przez przeciąg i już jestem bliska omdlenia ze strachu. 
Nie przetrwałabym kolejnych zdarzeń z tego cyklu, a ciągle tęsknię za tamtym.
Ciągle tęsknię za maniakalnym zainteresowaniem okultyzmem. To takie dziwne, to takie bez sensu.
Czuję lęk, zaczyna mnie ściskać gardło.
Nieprzyjemne napięcie rozlewa się po całym ciele.
Myślę o jutrze i boję się, że nie załatwię problemu z dokumentami. Czuję, że przerośnie mnie tak banalna dla przeciętnego człowieka sprawa. Już samo wykonanie telefonu do kadr w czwartek doprowadziło mnie do trzęsawki. Nie mogłam opanować głosu, nie mogłam opanować drżenia ciała. Jak przyjdzie mi tam iść prostować dokumenty, to chyba się poryczę jak dziecko ze strachu. 
Jeszcze bardziej boję się jak zareaguję, jeżeli okaże się, że tych papierów nie ma, że zniknęły, że nie mam żadnego dowodu, że tam pracowałam. 
W tedy jestem uziemiona z urzędem pracy, jestem uziemiona z ubezpieczeniem. Jestem w dupie.
Boję się, że wpadnę w histerię.
Złota godzina. 
Jeszcze parę lat temu biegłabym z aparatem ją uchwycić.
W tym roku jesień jest wyjątkowo piękna.
Ale jakoś nie mogę się zmusić do wzięcia aparatu i opowiedzenia o niej, o świecie, o tym jak go postrzegam… Nie umiem przekonać się do fotograficznej opowieści o emocjach. 
Myślę o powrocie na terapię, z drugiej strony będę musiała stanąć twarzą w twarz z terapeutką, której zniknęłam z dnia na dzień 2 lata temu. 
Nawet nie chodzi o to, że mam ją za co przeprosić.
Zwyczajnie mi wstyd. Za to co jej tam wyczyniałam też mi wstyd.
Coraz częściej też myślę o szpitalu.
Tak, zaczynam się bać sama siebie. 
Wiem, że jeżeli poszła w ruch żyletka, chociaż raz, to nie jest dobrze.
Wiem, że jeżeli pojawiły się myśli samobójcze i to tak wcześnie w tym roku, to nie będzie coraz lepiej. 
Wydaje mi się, że nie targnęłabym się życie, ale wiem, że nie mogę sobie ufać w tej kwestii. Zbyt wiele razy się przymierzałam. Zbyt wiele razy siedziałam z lekami w ręce, z żyletką gapiąc się na ręce. Zbyt wiele razy sprawdzałam wytrzymałość pasków. 
Dlatego pojawia się myśl o szpitalu.
Trzyma mnie tu rodzina. W tym wszystkim wyobrażenie sobie rodziny nad moim własnym grobem trochę mnie trzeźwi, jednak dalej sobie nie ufam.
Czuję Cię w klatce piersiowej.
Ujawniasz się.
Jesteś.
Już mnie nie oszukasz. 
I zaczynasz lawinę oskarżeń, budzisz we mnie poczucie winy i myśl, że zostanę sama, że lepiej umrzeć, że innym będzie lżej beze mnie, że i tak nikomu na mnie nie zależy.
Daj mi chociaż sprostować sprawy, które pochrzaniłam, zanim mnie owładniesz i zadusisz.
Daj mi chociaż naprawić błędy.
Daj mi chociaż jeszcze tydzień…
Błagam…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *