CHaDowe życie...,  Depresja,  Wszystkie wpisy,  Zapiski szpitalne

14 X 2017

Boli mnie brzuch.
I to tak wybitnie.
Sadzi mi ostro po kichach i obawiam się, że będę miała jesień średniowiecza z czterech liter.
Urodziny siuni [siostry].
Gdyby nie mama, to zapomniałabym na śmierć.
Ogólnie tracę wątek w wypowiedziach.
Byłam dzisiaj na spacerze.
Świeże powietrze po tygodniu siedzenia tutaj.
Ja pierniczę, to już tydzień…
Ciekawe ile mnie tu potrzymają…
Zaiste ciekawe…
Myśli autodestrukcyjne ustały.
Ta cisza w umyśle jest strasznie obca.
Bez natłoku, bez zła, bez chęci zabicia się.
W pewnym sensie jest to ulga.
Modlę się co wieczór na różańcu.
Chciałabym, by tak zostało.
To daje ulgę.
Zapominam o tym podczas wychyleń.
Chcę przemyśleć swoje zachowanie, chcę się zmienić, ale do tego potrzebuję pomocy.
Od Boga i psychoterapeuty.
Zrozumienia swojej choroby, którą wydaje mi się, że znam, a tak naprawdę zaskakuje mnie na każdym kroku.
Jezu pomóż mi.
20:25 – czas na leki, paciorek, ząbki i do spania.
Na szczęście jutro niedziela – wyśpię się chociaż.
I posiedzę z mamą.
Tak bardzo mi ich brakuje…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *