CHaDowe życie...,  Depresja,  Wszystkie wpisy,  Zapiski szpitalne

11 X 2017

Jestem już na „spokojnej”.
Leżę na samym końcu korytarza, zaraz przy oknie.
Mam widok na cały blok „B” i niesamowicie barwne zółto-pomarańczowe-czerwone liście drzew.
Jesień w pełnej krasie (klasie?).
Pięknie jest.
Mam cichą nadzieję, że tym razem nie będę siedziała tu siedem tygodni, że uda im się zdiagnozować mnie szybciej i szybciej wrócę do dobrego stanu.
Sporo czytam, tylko to mnie trzyma w kupie.
Chcieli mnie położyć na innej sali, z K. „zostawi mi Pani papieroska” i panią „ooo, Pani z papieroskami” (kurwa, ja chyba serio mam napisane Caritas na czole).
Już po ich entuzjaźmie wiedziałam, że to złe miejsce dla mnie.
Zaraz zostałabym bez fajek i jedzenia.*
Na szczęście Z.** mnie uratowała.
Tam to bym zbzikowała do końca.
Jednak głupi ma zawsze szczęście.
Cieszę się, że spojrzenie na blizny nie powoduje już napływu autoagresji.
Nie wywołuje myśli samobójczych.
Chociaż tyle.
______________________________________________________________________________________________

Nienawidzę czepialstwa.
Noż kurwa, rozpierdala mnie jak ktoś się czepia o byle gówno.
Fakt, poszłam się myć, a  w tym czasie przyszła „bijąca wszystkich Helga z gipsem”, ale czy to powód, żeby od razu naskakiwać na mnie, że „nie pilnuję swojego łóżka”?
Jakoś jak ja pilnowałam jej łóżka, to nie było żadnego halo…

______________________________________________________________________________________________

Dobra, przyznaję, że źle zinterpretowałam intonację głosu.
Dupa.
Zróbcie mi tę diagnostykę i puśćcie do domu…

*Kradzieże i sępienie fajek i jedzenia jest na oddziale na porządku dziennym. Swoją drogą zmiana sali nie uratowała mnie przed tym zjawiskiem…
** Jak się okazało, Z. będzie później źródłem moje udręki…

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *